Czym jest modlitwa?

Autor: o. Fabian Błaszkiewicz SJ

Jak to zwykle bywa z tego rodzaju fundamentalnymi pytaniami, odpowiedź na nie bywa prosta, co nie od razu musi znaczyć, że zrozumiała. Można się więc dowiedzieć od kogoś, czym jest modlitwa, można zapoznać się z naukami zawartymi w rozmaitych książkach, traktatach mistrzów duchowych czy artykułach, można nawet mieć wrażenie, że się tę wiedzę rozumie, ale prawdziwe poznanie przychodzi dopiero wtedy, gdy człowiek sam zacznie się modlić. Ostatecznie bowiem pierwszym, najlepszym i w pewnym sensie jedynym nauczycielem modlitwy jest sam Bóg.

Namaszczenie, które otrzymaliście od Niego, trwa w was i nie potrzebujecie pouczenia od nikogo, ponieważ Jego namaszczenie poucza was o wszystkim. Ono jest prawdziwe i nie jest kłamstwem. Toteż trwajcie w nim tak, jak was nauczył (1 J 2, 27). Dopiero mając w pamięci te wstępne uwagi, a w sercu pragnienie spotkania z Panem, spróbujmy sobie odpowiedzieć na postawione w tytule tego artykułu pytanie.

HISTORIA ZAKOCHANEGO BOGA
Najpierw jest Bóg (Rdz 1,1; J 1,1). Bóg stwarza człowieka (Rdz 1,27). Bóg tak bardzo kocha człowieka, że obdarowuje go całym światem widzialnym (Rdz 1). Wydaje się, że nawet świat niewidzialny Bóg tworzy z myślą o człowieku, skoro autor Listu do Hebrajczyków mówi o aniołach: Czyż nie są oni wszyscy duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie? (Hbr 1,14). Co więcej, miłość Boga do człowieka okazuje się tak ogromna, że nie tylko upodabnia wszystkie kobiety i wszystkich mężczyzn do siebie (Rdz 1,27), ale dzieli się z ludźmi własnym życiem! W Nim było życie, a życie było światłością ludzi (J 1, 4). Bóg jest całkowicie skoncentrowany na człowieku. Cokolwiek mówi, mówi do człowieka. Cokolwiek robi, robi dla człowieka. A jedyne czego Bóg pragnie – to wzajemność. Chociaż bowiem kocha człowieka, ten pozostaje istotą wolną, której nie da się do niczego zmusić. Stąd cała historia zbawienia to historia zakochanego Boga, pragnącego przekonać ludzkość o swojej miłości. Także historia mojego życia to historia Boga wyznającego mi Swoją miłość i czyniącego wszystko, by mnie w sobie rozkochać.

JAK GO ROZPOZNAĆ?
Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli (J 1,10n). Każdy z doświadczenia własnego życia wie, jak trudno jest rozpoznać objawiającego się Boga. Nie dlatego, że Bóg objawia się „niewyraźnie”. Dlatego, że trudno nam uwierzyć w to, czego zaczynamy w obecności Boga doświadczać! Ten ogrom miłości, ciepła, serdeczności, niezważającej na nic akceptacji mojej osoby? To mnie ktoś tak kocha? Tak za nic? Tak zupełnie za nic? Niemożliwe. Nie wierzę… Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus (J 20,14). Nawet uczeń, któremu wydaje się, że jest blisko Pana, może być tak bardzo zamknięty w swoich wyobrażeniach na Jego temat, że stając z Nim twarzą w twarz, pomyli go ze zwykłym ogrodnikiem.

BŁYSK
Prawdziwa modlitwa jest więc najpierw błyskiem. Momentem, gdy pozwalamy oczom naszej duszy otworzyć się na Tego, na którego do tej pory nie chcieliśmy patrzeć. Momentem, gdy pozwalamy wreszcie naszej świadomości uznać tę Miłość, objawiającą się nam od dawna, za fakt, a nie wymysł osłabionej wyobraźni. Gdy zbliżał się już w swojej podróży do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba. (…) „Kto jesteś, Panie?” – zapytał. A On: „Ja jestem Jezus” (Dz 9,3-5). Tak wyglądało pierwsze spotkanie Jezusa z prześladującym go Szawłem i pierwsza prawdziwa modlitwa przyszłego apostoła. Szaweł przed tym spotkaniem był pobożnym faryzeuszem. Sam mówił o sobie: obrzezany w ósmym dniu, z rodu Izraela, z pokolenia Beniamina, Hebrajczyk z Hebrajczyków, w stosunku do Prawa – faryzeusz, (…) co do sprawiedliwości legalnej – stałem się bez zarzutu (Flp 3,5n). W Liście do Galatów wyznał nawet: w żarliwości o judaizm przewyższałem wielu moich rówieśników (…) byłem szczególnie wielkim zapaleńcem w zachowywaniu tradycji moich przodków (Ga 1,14). Musiał więc Szaweł gorliwie i dużo się modlić: czytał Pismo, pościł w wyznaczone dni, chodził co szabat do synagogi na nabożeństwo, a na wszystkie większe święta wyruszał z pielgrzymką do świątyni w Jerozolimie. Wydawało mu się, że zna Pana i dobrze Mu służy. Jednak dopiero pod Damaszkiem pozwolił sobie niechcący na prawdziwą modlitwę – modlitwę otwartych oczu serca. I zobaczył Prawdę.

MIEJSCE SPOTKANIA
Modlitwa jest również drogą. To, że ktoś raz czy drugi otworzył oczy po długim śnie, nie znaczy jeszcze, że przywykł do światła dnia. Święty Paweł, choć z taką mocą doświadczył miłości Bożej i tak wyraźnie zobaczył oblicze Jezusa, wielokrotnie zamykał oczy, nie chciał pamiętać o tym, co widział i zabierał się po omacku za ucieczkę: Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie (oścień), lecz mi powiedział: „Wystarczy ci mojej łaski” (2Kor 12,8n). Modlitwa to droga prowadząca do Boga. A droga do Boga wiedzie człowieka nie na zewnątrz, ale w głąb siebie. Im dłużej zatem postępuje się drogą modlitwy, tym bliżej jest się Boga i samego siebie! Po tym też można poznać, czy modlitwa, za którą podążam, jest prawdziwa. Jeśli daje mi ona wrażenie, że coraz lepiej znam Boga, jednak nie poznaję lepiej siebie – nie mam do siebie więcej sympatii, szacunku i wyrozumiałości – znaczy to, że gdzieś pobłądziłem a i obraz Boga, który ujrzałem, najprawdopodobniej też mija się z prawdą. Inna rzecz, że właśnie dlatego tak boimy się prawdziwej modlitwy i stronimy od niej – bo przeczuwamy, że zmusi nas ona do przyglądnięcia się sobie, do wejścia w głąb siebie. A my bardzo rzadko podobamy się sobie. Jeszcze rzadziej mamy ochotę zwiedzać te miejsca w sobie, gdzie zakopaliśmy rozmaite śmieci: wszelakie bóle i zranienia, drażniące poczucie winy i wstydu, pamięć o krzywdach, które nam wyrządzono i które wyrządziliśmy innym… Czy więc rzeczywiście Bóg chce, bym modląc się, idąc do Niego, poszedł zarazem tak głęboko w siebie, by odżyło na nowo to wszystko, o czym chciałem zapomnieć? Tak. Ale nie dość na tym. Bóg pragnie, bym zszedł jeszcze głębiej, do miejsca, z którego On patrzy na mnie. Do miejsca, w którym wreszcie pozwolę mu się uzdrowić. Do miejsca, z którego zacznę patrzeć na siebie i innych Jego oczami. Valerio Albisetti ów cel, do jakiego prowadzi droga modlitwy, pięknie nazywa „miejscem prawdziwego szacunku dla siebie”. Tak pisze: „Jest to miejsce wewnątrz nas, do którego inne osoby wejść nie mogą. Jest to miejsce, gdzie mieszka Bóg. Jestem przekonany, że ta przestrzeń istnieje w każdym z nas. Problemem jest to, iż większość nie wie, że ją posiada. Do tego miejsca dochodzi się przez medytację i modlitwę. Jest to miejsce ciche. Nietykalne. Nie do zranienia. Tajemnicze. W tym miejscu każdy poznaje kim właściwie jest. W tym miejscu nie podlegamy wpływom ani ze strony innych, ani ze strony nas samych. Do tego miejsca rany, odrzucenia, bóle, krytyka nie mają dostępu. W tym miejscu nikt nie ma władzy. Żyje w nim Bóg” (V. Albisetti, Śmiać się całym sercem, Jedność, Kielce 2001, s. 170).

OBRAZ BOGA
Pobożny Szaweł z Tarsu wierzył w Boga mieszkającego gdzieś na zewnątrz, odległego, surowego w swej sprawiedliwości, przerażającego w gniewie i oschłego w miłości. Modlitwa do takiego Boga sprowadzała się dla Szawła do skrupulatnego wypełniania wszystkiego, co nakazywały w tym względzie przepisy Prawa. Owocem tej modlitwy była zaś zawzięta przemoc i izolacja. „Chory obraz Boga czyni także chorą ludzką duszę. Rezultatem wypaczonego obrazu Boga jest chęć niszczenia oraz skłonność do zamykania się w sobie i stawania się coraz bardziej nieczułym. Jeśli mam więc chory obraz Boga, na przykład Boga-Księgowego, Boga-Despoty, Boga-Wyczynowca, wówczas kształtuje to charakter mojej pobożności. Jestem wtedy przekonany, że muszę być coraz bardziej wydajny, muszę wypełniać wszystkie obowiązki, aby dobrze wypaść w Bożej buchalterii. Surowy obraz Boga prowadzi do surowej pobożności, której przejawem jest obranie twardego kursu w stosunku do siebie. Wynika stąd konieczność ciągłego stawiania sobie pytania, jaki obraz Boga wyciska piętno na moim zachowaniu” (Anselm Grün, Nie bądźmy dla siebie bezwzględni, TUM, Wrocław 1998, str. 94). Spotkanie z Jezusem skłoniło Szawła do zakwestionowania obrazu Boga, z którym do tej pory się obnosił, i poszukiwania prawdziwego Boga we własnym wnętrzu. Miłujący, dobry i nieskory do sądzenia Bóg pozwolił mu się odnaleźć i przemienił go, co zostało przypieczętowane także zmianą imienia. Odtąd Paweł świadczył: Spodobało się Temu, który wybrał mnie jeszcze w łonie matki mojej i powołał łaską swoją, aby objawić Syna swego we mnie (Ga 1,15n). Wewnętrzne doświadczenie miłości, nowego i pełnego życia, każe Pawłowi patrzeć na Boga i siebie w zupełnie innej perspektywie. Odtąd nie mówi o Nim inaczej, jak tylko: Bóg, któremu służę w głębi mego ducha (Rz 1,9). Modlitwa przynosi mu życie, a całe życie staje się dziękczynną modlitwą, bo pochodzi z życiodajnego źródła – własnego serca, uwolnionego i zamieszkanego przez Boga: Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie. Nie mogę odrzucić łaski danej przez Boga (Ga 2,20n).

PODĄŻYĆ ZA MIŁOŚCIĄ
Bóg nie modli się do człowieka. Bóg po prostu kocha. Jego miłość wyraża się dzień po dniu konkretnymi czynami, gestami i słowami, których jednak nie da się inaczej ujrzeć i usłyszeć, jak tylko otwartym na miłość sercem. Bóg pragnie w sercu człowieka wzbudzić miłość podobną do swojej, by móc tę wzajemność i zażyłość zamienić ostatecznie w trwały związek. Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca. Oddam jej znowu winnice, dolinę Akor uczynię bramą nadziei – i będzie mi tam uległa jak za dni swej młodości, gdy wychodziła z egipskiego kraju. I stanie się w owym dniu – wyrocznia Pana – że nazwie mnie: „Mąż mój”… I poślubię cię sobie na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana (Oz 2,16-18.21-22). Powtórzmy: Bóg pragnie trwałego związku z człowiekiem! Modlitwa natomiast jest odpowiedzią człowieka na to konkretne pragnienie Boga. Modlitwa jest pozwoleniem Bogu na wyznanie miłości. Modlitwa jest zgodą na to, by Bóg się do mnie zbliżył. Modlitwa jest uzdrawiającym podążaniem za Bogiem w głąb siebie. Modlitwa jest wejściem z Bogiem w ów trwały związek wzajemnej miłości, radości, szacunku i uczynności. Modlitwa jest wreszcie ludzkim wyrazem trwania w tym związku.

ODNALEZIONY
Dla tych więc, którzy dopiero wchodzą na tę drogę, modlitwa – nawet jeśli kieruje się do wewnątrz – stanowi wyłącznie bezradne wołanie do Boga, krzyk, który musi się przebić przez pokłady doznań cielesnych, poruszeń intelektualnych, nieprzebrane bogactwo emocji. Bóg jednak zawsze odpowiada na takie wezwanie. Wchodzi w tę naszą bezładną szamotaninę i zamienia modlitwę w rozmowę. Oczywiście nadal to my głównie mówimy – przecież wreszcie znaleźliśmy kogoś, kto się nami nie nudzi, nie ziewa ostentacyjnie po godzinie naszego gadania i nie wtrąca się w połowie zdania z jakąś mądrą uwagą. Wiemy, że jeśli tylko uda nam się wszystko wypowiedzieć, choćby nieskładnie, ale szczerze, zostaniemy wysłuchani i – co jeszcze ważniejsze – zrozumiani! Z czasem też będziemy mieć na modlitwie coraz mniej do powiedzenia: ot, codzienne sprawy, a coraz bardziej będziemy chcieli wiedzieć, co też do powiedzenia ma Bóg. Zaczniemy słuchać. Będziemy zadawać pytania. Z rozmowy modlitwa przemieni się w coś więcej: prawdziwe spotkanie. Rozmowy zresztą co i rusz będą cichnąć, ustępując miejsca zachwyconemu i pełnemu dziecięcego zdziwienia wpatrywaniu się w siebie, w Boga, w piękno innych ludzi i stworzonego dla nas świata.

Spotkanie z Bogiem stanie się w końcu adoracją i kontemplacją – a zrodzony z nich nowy człowiek będzie mógł zacząć żyć nowym życiem. Wtedy modlitwa okaże się czymś tak nieodzownym, a zarazem czymś tak naturalnym jak oddychanie, jedzenie, śmiech, seks lub sen. Okaże się tym, czym była od początku – wspaniałym darem uzdalniającym do wyrażenia naszej miłości zakochanemu w nas Bogu. Oblubieniec: Jak lilia pośród cierni, tak przyjaciółka ma pośród dziewcząt. Oblubienica: Jak jabłoń wśród drzew leśnych, tak ukochany mój wśród młodzieńców. W upragnionym jego cieniu usiadłam, a owoc jego słodki memu podniebieniu. Wprowadził mnie do domu wina, wojskiem jego przeciw mnie jest miłość. Posilcie mnie plackami z rodzynek, wzmocnijcie mnie jabłkami, bo chora jestem z miłości. Lewa jego ręka pod głową moją, a prawica jego obejmuje mnie. (…) Mój miły jest mój, a ja jestem jego (Pnp 2,3-6.16). Święty Ignacy Loyola nazywał modlitwę, czy raczej pobożność w ogóle, „łatwością znajdowania Boga we wszystkich rzeczach”. Najpiękniejszym świadectwem tego przekonania jest notatka jednego z jezuitów spisujących wspomnienia Ignacego umieszczona w ostatnim rozdziale Autobiografii Ignacego: „Tegoż samego dnia przed kolacją wezwał mnie do siebie, a miał wyraz twarzy człowieka, który jest bardziej skupiony niż zwykle, i uczynił mi pewnego rodzaju wyznanie, którego główna treść zmierzała do tego, żeby zaświadczyć o prostocie i szczerości intencji, z jaką opowiadał o tych rzeczach. Dodał też, że jest pewny, iż w niczym nie przesadził. Wiele obraził Pana naszego, odkąd zaczął mu służyć, ale nigdy nie pozwolił na grzech śmiertelny. Przeciwnie, zawsze wzrastał w pobożności, to jest w łatwości znajdowania Boga, a teraz więcej niż kiedykolwiek w swoim życiu. Za każdym razem i o każdej porze, kiedy tylko chce Boga znaleźć, znajduje Go” (Św. Ignacy Loyola, Pisma Wybrane, WAM, Kraków 1969, t. I, str. 231). Ignacy nie tylko sam cieszył się tym niezwykłym darem, ale był również przekonany, że jest on dostępny wszystkim wierzącym. Dlatego w następnej części tego cyklu zaczniemy przyglądać się bliżej jednej z proponowanych przez Ignacego dróg modlitwy, która może okazać się pomocna we wprowadzaniu w życie wszystkiego, o czym napisano wyżej.

o. Fabian Błaszkiewicz SJ

 


Źródło:

  1. http://www.odnowa.jezuici.pl/szum/animatorzy-i-liderzy-mainmenu-34/formacja-duchowa-mainmenu-37/234-czym-jest-modlitwa